Kontrolować dziecko w sieci, czy zaufać mu z założeniem, że w razie potrzeby przyjdzie prosić o pomoc? Dylematy na elektroniczne czasy, czyli rozmowa z Sebastianem Małychą, szefem Mediarecovery, jednej z największych polskich firm specjalizujących się w informatyce śledczej.

Pan to będzie wiedział najlepiej – kiedy dać dziecku dostęp do elektroniki?

Trochę zatrważająca jest informacja, że trzylatek dostaje tablet. Niedobry pomysł, bo to zdecydowanie za wcześnie, może co najwyżej zobaczyć banalny film. Bez pokazania dziecku, do czego służy taki sprzęt, co za jego pomocą może dla siebie zdobyć – jakąś informację, czy rozwinąć coś w sobie – to nie ma sensu. Dla wyjaśnienia – moje dzieci dysponują smartfonami od podstawówki. Powodem była komunikacja, dzięki telefonom mamy dostęp do dzieci cały czas. Oczywiście, w czasie lekcji telefon powinien być wyłączony.

Pytanie, czy miały transfer danych?

Na początku nie miały, ale potem stało się to nieuniknione. Przecież jest grupa dzieci, w której funkcjonują, a jeśli wszystkie z tej grupy mają Internet, a jedno nie ma – to na pewno czuje się niekomfortowo. Można oczywiście dziecku tłumaczyć, że jest wyjątkowe, bo jako jedyne nie ma transferu danych, ale długo to pewnie nie podziała.

A to nie dziwne, że cała klasa gapi się w komórki? Na lekcjach może nie, ale na przerwach każdy przyklejony do ekranu…

Ale tak wygląda dzisiaj świat. Trochę błądzimy jako rodzice, bo jesteśmy pierwszym pokoleniem, które mierzy się z tym tematem. Czy już telefon, czy jeszcze nie? Internet? Jaki, gdzie, czy pod kontrolą, jaką – mniejszą, większą? Tego wszystkiego dopiero się uczymy, obserwujemy, próbujemy jakoś się odnaleźć. Natomiast nie uważam, że tego typu ograniczenia mogą coś dać. To jest kwestia pogodzenia się z czasami, w jakich żyjemy. Przecież tak dziś świat wygląda, każdy ma telefon z dostępem do Internetu i go używa – jedni lepiej, inni gorzej. Jak w życiu – jedna osoba opływa świat jachtem, inna stoi przed budką z piwem. Tak samo postępują dzieciaki w Internecie – jeden traci czas na głupawe gry i oglądanie setek memów, a drugi na przykład rysuje, jak moja córka.

Nikt tego przed nami nie testował, nikt nie sprawdził, jak powinniśmy się zachowywać.

Pana córki mają jakiegoś lepszego antywirusa w telefonie, takiego z kontrolą rodzicielską?

Córka kolegi złamała hasło do routera, żeby zmienić czas dostępu do sieci. Rodzice uważali, że czas ma być limitowany, żeby mogła skupić się na lekcjach, a ona szybko sobie z tym poradziła. Jaki jest więc sens ograniczeń? Z jednej strony można się zdenerwować, bo 11 –latka oszukuje, ale z drugiej – szczególnie w mojej branży, to trochę łechce rodzica: „Jakie mam zdolne dziecko…”. Zdania będą podzielone, ale rozmawianie z dzieckiem o tym, co go może w sieci spotkać, co może zobaczyć, na co powinno uważać, uświadamianie, że nie wszystko jest prawdziwe, bo część jest po prostu wymyślona, a ludzie pokazują różne rzeczy w Internecie, mierzą się z różnymi problemami, także w sieci – czyli poświęcenie dziecku czasu – to jedyna właściwa droga. Zabieranie telefonu nic nie da.

Większość osób uważa jednak, że dziecko trzeba kontrolować. Bo, co będzie, kiedy trafi przypadkiem na reklamę sklepu z dopalaczami albo pornografię?

Tak czy owak trafi. Możemy oczywiście filtrować, kontrolować, szukać różnych możliwości i nie jestem temu przeciwny. Ja jednak tego nie robię, bo uważam, że lepiej z dzieckiem porozmawiać o tym, co może zobaczyć. Jeśli nie zobaczy czegoś na swoim smartfonie, to – prędzej czy później – zobaczy na smartfonie kolegi lub koleżanki.

Konto na portalach społecznościowych ma każdy. Czy Pana zdaniem jest jakiś moment, kiedy powinno mieć takie konto także dziecko, czy powinniśmy to jakoś kontrolować?

Moje dzieci z Facebooka nie korzystają, bo dla nich to temat staroświecki, to nie ich klimat. Tam są rodzice, nie mają więc czego szukać w tamtej przestrzeni. Wyjątkiem jest Messenger, bo tam łatwo można skomunikować się, stworzyć grupy. Zauważyłem, że gimnazjaliści preferują Instagrama, studenci i starsi to Facebook, a w podstawówce popularny jest TikTok, choć to pewnie będzie się zmieniać. Spora część życia w szkołach podstawowych dzieje się właśnie tam. Możemy zastanawiać się, czy pozwolić dziecku na dostęp, ale trzy czwarte klasy – o ile nie cała – jest na TikTok. Zabranie dziecku możliwości uczestniczenia w tym życiu ogranicza dziecko. Według mnie to wcale nie jest dobre ograniczenie. Dziecko uczestniczy w jakimś życiu, czegoś się nauczy, nauczy się jakiejś komunikacji, na kimś się zawiedzie, na innym nie, ale rozwój następuje. Jeśli sam założę sobie konto na TikToku, żeby widzieć, co moje dziecko tam robi, to będzie żenujące. Będę jedynym starym facetem wśród tych ludzi, nie ma tam żadnych moich znajomych, a co gorsza – przez kogoś może to zostać tak zinterpretowane, że to nie moja troska, tylko chęć przebywania wśród tak młodych osób.

A email?

To ciekawa sprawa, bo dla nas wydaje się absolutną podstawą, podstawą pracy biurowej. Ale moje dzieci korzystają z maila tylko dlatego, że to login do różnych miejsc w sieci. Jeszcze dwa lata temu nie wiedziały, że mailem można wysłać zdjęcie. W ogóle nie potrzebują maila do komunikacji i śmiem twierdzić, że to samo dotyczy zdecydowanej większości dzieciaków. To zresztą ciekawy wątek, bo zastanawiam się, czy ci ludzie dopasują sobie w przyszłości kwestie życia zawodowego do tego, co znają i wymuszą na pracodawcach inny rodzaj komunikacji. Kiedy moje dzieci pójdą do pracy za 10 lat, to okaże się, że nie komunikują się mailem, tylko innym narzędziem stworzonym właśnie dla nich.

Wracając do kontroli – tak czy nie? Sprawdzać aktywność dziecka w sieci, co tam robiło, gdzie było, czego szukało?

Nie jestem zwolennikiem takiej inwigilacji, za to jestem ogromnym zwolennikiem interesowania się tym, co dziecko robi. Raz na jakiś czas można skorzystać z jakiegoś oprogramowania, jest tego cała masa, by sprawdzić miejsca, które odwiedza dziecko. Ale tylko po to, by porozmawiać, bo jak zaczniemy wyłączać możliwość wchodzenia na określone strony, to pokazujemy, że tracimy zaufanie do dziecka. To chyba nie prowadzi do niczego dobrego. Mówię chyba, bo – powtórzę – nikt tego przed nami nie testował wcześniej, nikt nie sprawdził, jak powinniśmy się zachowywać. Dziecko prędzej czy później poradzi sobie w jakiś sposób z aplikacjami kontrolującymi (np. z pomocą kolegów), a nasza odległość od dziecka się zwiększy i nie opowie nam więcej, że coś dziwnego się zdarzyło, że czegoś nie rozumie. Nasze zakazy i założenie, że taka aplikacja pilnuje tego, a tamta tamtego, sprawiają, że trudniej nawiązać kontakt, porozmawiać także o tym, co może ich spotkać w sieci. Bo od nas muszą dowiedzieć się, że świat nie wygląda tak, jak kreują go zdjęcia na Instagramie.

Nie jestem zwolennikiem inwigilacji, za to jestem ogromnym zwolennikiem interesowania się tym, co dziecko robi.

Czy ta technologia nie buduje przepaści międzypokoleniowej między nami a dziećmi? One sięgają po rzeczy, których my już możemy nie rozumieć, np. w zakresie programowania. Często nie jestem już w stanie pomóc synowi przy jego programach.

Pewnie buduje przepaść i to głębszą niż między nami a naszymi dziadkami. Wytłumaczyć dziadkom, że w smartfonie, jak chcesz sprawdzić, jaka pogoda – to tu wpisz, również jest wyzwaniem. To też jest przepaść, jak między każdym pokoleniem. Faktem jest, że poprzez przyspieszenie i rozwój technologiczny ta odległość między nami, a dziećmi jest duża. Ale czemu mamy czuć się jakoś gorzej, jeśli w temacie dowolnej aplikacji nie potrafię załatwić sprawy? Mimo, iż działam w tej branży, dzieci często mi mówią: „Tato, jak ty już w ogóle nie ogarniasz…”. I to jest frustrujące, ale mnie też to bawi – cieszę się, że one ogarniają. To też argument za tym, że i tak – stosując jakieś zasady i ograniczenia – po prostu nie nadążymy, więc chyba lepiej mieć dobry kontakt z dzieckiem, licząc na to, że jak trafi na coś nie do przejścia, to zanim pójdzie do kolegów, zapyta o pomoc nas, wyśle sygnał, że chce z nami porozmawiać. I to powinno być istotne dla nas, bo niezależnie od pokolenia czy wieku jedno jest ważne – warto słuchać dziecka i pomagać w jego problemach, bez względu na to, jak rozwinięta będzie technologia. Przecież i tak jesteśmy skazani na pozostanie z tyłu.

Wstecz