Drukuj
Kategoria: Tata i Dziecko

Chce, ale nie chce. Cieszy się, choć raczej smuci. Mówi za dużo i zbyt krytycznie. W dodatku wszystko naraz i wiele więcej. O tym, co dzieje się w mózgu nastolatka – w rozmowie z dr. Markiem Kaczmarzykiem.

Zaczęło się… Czuję pełzającą rewolucję ze strony starszego syna. Zaczyna pojawiać się opór, a znajomi z dziećmi w wieku dwunastu, trzynastu lat mówią: „Wczoraj to było cudowne dziecko, a dziś to obcy”. Co się stało?

Sprawa jest prosta i skomplikowana równocześnie. Prosta dlatego, że jesteśmy gatunkiem, który bardzo specyficznie się rozwija. W rozwoju neurofizjologicznym jest taki etap, w którym nasz mózg przeżywa ogromną rewolucję strukturalną i ten okres przypada gdzieś między 10. a 20. rokiem życia, choć najgwałtowniejsze zmiany to przedział od 11. do 17. roku życia. Ten okres to ogromna, wręcz gigantyczna i podstawowa przebudowa kory mózgowej, która wynika z bardzo różnych powodów. Części nie znamy, część tej przebudowy to problem energetyczny, bo musimy mózg troszkę odchudzić, gdyż jest nieco zbyt kosztowny z perspektywy wydatków energetycznych organizmu. Generalnie, następuje utrata pewnego typu połączeń nerwowych i wzmacnianie innych, ale w tym okresie cały system destabilizuje się i na tym polega główny problem.

No tak, ale ta destabilizacja odbywa się na poziomie fizycznym, a dotyczy psychiki dziecka.

Startujemy tutaj z pozycji teorii umysłu ucieleśnionego, w której musimy poobracać sobie w ustach jak landrynkę jedno zdanie, żeby poczuć jego smak: „My nie mamy mózgów, my jesteśmy mózgami”. A to zmienia bardzo wiele. Rzecz w tym, że jeżeli pan postrzega jakąś określoną rzeczywistość i ktoś inny postrzega tę samą rzeczywistość, ale opartą o nieco inną strukturę, to wasze rzeczywistości będą się nieco od siebie różnić. Tym samym ludzie, którzy żyją w różnych rzeczywistościach, nie dogadają się co do nich w pełnym zakresie. I to trzeba przyjąć – jest taki etap w życiu naszego dziecka, że my go w stu procentach rozumieć nie będziemy i nie będzie to niczyja wina. To jest bardzo ważne, właściwie to ostatnie zdanie jest chyba ważniejsze niż poprzednie – to nie jest niczyja wina! To jest etap rozwojowy, trzeba to przetrwać, przeżyć i reagować na bieżąco tak, aby zachować minimum bezpieczeństwa.

Czyli ten nastoletni bunt sprowadza się do rozwoju ciała?

To, co nazywamy buntem jest workiem, do którego wrzucamy różne zachowania. Bo co to właściwie znaczy „bunt nastolatka”? Sytuacja, w której nastolatek nie robi tego, co my chcemy i nie spełnia naszych oczekiwań? Proszę jednak zwrócić uwagę, że jeżeli mamy użytkownika mózgu, w którym ciągle coś się zmienia, a my oczekujemy od niego stabilności, to on nam nie tyle nie chce, co absolutnie nie może dać tego, czego oczekujemy. Od dobrze wychowanego nastolatka jego rodzic, opiekun, nauczyciel czy wychowawca wymaga, żeby zrobił to, na co się umówił. Jak coś zaczął – żeby skończył. Ale jak to zrobić, kiedy ma się dzisiaj inny mózg niż wczoraj, a jutro będzie on jeszcze inny? To sięga właściwie wszystkiego, czym jesteśmy. Coś, co nastolatka wieczorem interesowało, może go całkowicie nudzić rano. Ktoś, kto nastolatka fascynował wieczorem, rano będzie go irytować. To jest właśnie rzeczywistość nastolatka, jak w takiej sytuacji być konsekwentnym? To nie jest ich krnąbrność czy zła wola, ale po prostu niemoc. Nie mogą być tacy, jak my chcemy, żeby byli.

A skłonność do ryzyka? Chcą za szybko, za dużo, zbyt intensywnie…

To, o czym mówię jest uśrednionym i trochę być może przesadzonym obrazem całości. Różne dzieci przechodzą to w różny sposób, każde na swój własny. Ale jeżeli nastolatek zauważy, że coś zmienia się z dnia na dzień, to założenia dotyczące tego, co jest, a co nie jest bezpieczne, również nie są do ustalenia na jeden raz i na jeden sposób. W efekcie poszukiwanie nowości, które dla tego etapu życia jest niezwykle charakterystyczne, może po prostu przerosnąć potrzebę bezpieczeństwa. I to, co my nazywamy ryzykanctwem, niekoniecznie jest ryzykanctwem, być może jest wyraźną ekspresją potrzeby poszukiwania nowości? Nastolatki to po prostu lubią. Ale równocześnie – to, co nas skłania do zaprzestania działania, czyli np. fakt, że rozumiemy całą sytuację jako ryzykowną, ich może do działania zachęcić. Jak mawiają dzieciaki:„ Jest ryzyko, jest zabawa”.

Jest taki etap w życiu naszego dziecka, że my w stu procentach rozumieć go nie będziemy i nie będzie to niczyja wina.

Wróćmy do zmian w mózgu. Co tam się dzieje?

Znika cały szereg połączeń pomiędzy neuronami, znika część synaps, a inne ulegają wzmocnieniu, znikają pętle pamięciowe lub zostają przebudowane. Połączenia pomiędzy poszczególnymi partiami mózgu raz ulegają wzmocnieniu, a innym razem – osłabieniu. Nawiasem mówiąc, największe zmiany dotyczą kory przedczołowej, a to jest problem dlatego, że ona jest najbardziej „ludzka”. To jest ta część kory, gdzie mamy większość neuronalnych podstaw świadomości. Postrzegamy rzeczywistość dzięki tej korze jako regularną, racjonalną, przyczynowo-skutkową i poddającą się naszej woli, czyli mamy jakiś rodzaj poczucia sprawstwa, więc to sporo tłumaczy. Jeżeli w tej korze mamy zaburzenia – rozwojowe, żeby dobrze to zrozumieć, bo przecież to nie jest kwestia jakiejś dysfunkcji czy choroby, tylko zmian rozwojowych – to ta kora będzie działać słabiej. Co oznacza, że dostrzeganie związków przyczynowo-skutkowych, konsekwencji działania czy świadomość następstwa będzie u tego młodego człowieka osłabiona.

W pewnym sensie to dobra wiadomość, bo oznacza, że rodzic jednak nie poległ wychowawczo.

Nie, absolutnie nie poległ. To chyba jest najważniejsze w całej naszej rozmowie: żeby rodzice zrozumieli, że to nie jest ich błąd. Problem polega też na tym, że ta gwałtowna przebudowa zaczyna się dość późno. Mamy fajnego pięciolatka, wspaniałego dziesięciolatka, jeszcze z jedenastolatkiem się dogadujemy i w tym momencie mówimy: „Ufff, udało się. Sprawdziłem się jako rodzic, teraz będzie już tylko lepiej, bo dziecko zaczyna rozumieć świat, będę łatwiej mógł się z nim dogadać”. A tu nagle, właśnie około dwunastego roku życia, schodzi do naszej kuchni ktoś, kogo zupełnie nie rozumiemy i zaczynamy się zastanawiać, kto nam porwał dziecko i na kogo podmienił. Jeżeli stawialibyśmy tylko takie pytanie, to jeszcze pół biedy. Ale częściej zadajemy wtedy inne, dużo bardziej toksyczne. Pytamy bowiem, gdzie popełniliśmy błąd i co zrobić, żeby tę sprawę naprawić. Rzecz w tym, że nigdzie nie popełniliśmy błędu i niczego z tym nie da się zrobić. To trzeba zaakceptować i przeczekać.

To jedyna taktyka?

Jedyna.

To mało pocieszające.

Ludzie przez następnych kilka lat katują tymi pytaniami siebie i dziecko. Pytają: „Gdzie popełniłem błąd” albo podchodzą do dziecka co pięć minut i pytają: „Boże, co się stało? Powiedz, czemu nie chcesz powiedzieć?”. Tymczasem dziecko jest bezradne wobec tych pytań, bo nastolatek nie rozumie swojej zmiany, więc nic nie odpowie, można tylko tego typu pytaniami zepsuć sobie relacje.

Trzeba pamiętać o granicach, którymi jest bezpieczeństwo młodego człowieka.

Jak więc obchodzić się z nastolatkiem?

Ostrożnie, niewątpliwie ostrożnie. Nie ma tutaj jednej recepty, gdybym ją miał, to pewnie pisałbym poradniki. Rzecz w tym, że to jest niezwykle trudny etap. Ogólnie, trzeba pamiętać o granicach, którymi jest bezpieczeństwo tego młodego człowieka. Jeżeli nie zauważa pewnych związków przyczynowo-skutkowych, jeżeli nie ogranicza go poczucie ryzyka czy też ryzyko samo w sobie, to bardzo często jest dla siebie po prostu niebezpieczny. W tym momencie musimy wkroczyć, musimy tę granicę wyznaczyć. To jest nasza rola, która nie jest przyjemna, bo nikt nie lubi i nie chce być policjantem swojego dziecka, nikt nie chce tak działać. Prawda jest taka, że w pewnych sytuacjach musimy tę granicę wyznaczyć.

Ale równocześnie wiele osób – ja sam – wspomina okres licealny jako jeden z najpiękniejszych. To paradoks tej całej sytuacji.

Pamięta pan, dlaczego działał i postępował tak, jak pan działał i postępował? Pamięta pan, co robił, ale nie pamięta dlaczego. To wynika z tej prostej przyczyny, że będąc nastolatkiem miał pan inny mózg niż dzisiaj, a człowiek, który ma daną strukturę i daną funkcję ośrodkowego układu nerwowego nie jest w stanie – będąc dorosłym – zasymulować sobie bycia posiadaczem mózgu zmiennego, nie jest pan w stanie wyobrazić sobie, jak działał mając mózg nastolatka, bo tego nie da się zrozumieć. Psycholodzy, próbując podpowiedzieć bezradnym rodzicom, często mówią: „Spróbujcie popatrzeć na świat oczami tego dziecka”. Problem polega na tym, że na świat nie patrzy się oczami, ale patrzy się mózgiem, a on jest paskudnie zmienny, kiedy jest się nastolatkiem. Mamy zresztą świetne przysłowie, które to ilustruje czyli: „Nie pamięta wół, jak cielęciem był”. I to jest właśnie sedno psychologii neurorozwojowej ostatnich 25 lat – po prostu zrozumieliśmy, co dzieje się na poziomie neurofizjologicznym w mózgu nastolatka. Okazało się, że właśnie to, co się dzieje, jest przyczyną większości rodzinnych problemów na tym etapie rozwoju naszych dzieci.

Wstecz