Kiedy chcę wydać kolejną książkę dla dzieci, za każdym razem muszę udowadniać, że nie jestem wielbłądem – mówi Dariusz Rekosz, pisarz.

Czy pana córki są recenzentkami?

Mimo wydania prawie 40 książek, wciąż muszę udowadniać, że nie jestem wielbłądem, a każda moja kolejna produkcja będzie się sprzedawała, bo o to w tym biznesie chodzi. Książka z poziomu wartości kulturalnej zeszła do poziomu towaru, dla wydawców to taki sam towar, jak dla sprzedawców warzyw pietruszka czy ogórki. Mimo to moim córkom nie dawałem książek przed redakcją, ale kiedy miałem autorskie egzemplarze, to młodsza zaglądała, a starsza dopiero teraz sięga do książek. Nie zmuszałem jej, by czytała, co tata napisał. Obie wiedzą, że jestem pisarzem, że spotykam się z ludźmi i jeżdżę na spotkania do bibliotek i szkół, także ich szkół. Jedni idą do huty, ja piszę w domu, ewentualnie jadę w Polskę.

Czy miał pan taką myśl, żeby to, co pan pisze, miało wartości edukacyjne?

Już przy pisaniu pierwszej mojej książki przyświecało mi, że ma nie tylko bawić, ale też czegoś nauczyć. Starałem się wrzucać pewne wartości edukacyjne, tematy, które mogłyby zmusić młodego człowieka do myślenia. Chciałem, żeby rozwiązywał zagadki z głównymi bohaterami, dzięki temu, że bliżej poznaje się z matematyką, fizyką, chemią, historią, astronomią, językiem angielskim i Bóg wie jeszcze, co tam zawarłem. Ale chodziło mi o to, by nie był to nachalny dydaktyzm. Moi bohaterowie mają wiele przypadłości, pojawiają się czarne postacie.

Książka ma nie tylko bawić, ale też czegoś nauczyć

Ale ta funkcja wychowawcza taka nieco zaburzona: „Liceumy”, urwanie się rodzicom z domu do Wenecji…

Bohaterowie muszą mieć przygody. To nie są wyprasowane, poukładane dzieciaki, to są dzieci z krwi i kości. Jedzą pomidorówkę, chodzą do normalnej szkoły, gdzie czasami może coś zginąć lub może przytrafić się jakaś nieprzyjemna sytuacja. Ale staram się, by sytuacje, w które się wplątują, były dziełem przypadku. Tak muszą zachować się w danym momencie, bo akurat to przyszło im do głowy. Te ich przypadłości wynikają właśnie z tych impulsów. Uciekają z domu, a raczej nie wracają do domu w dobrej wierze, bo chcą pomóc koleżankom. Nie mówią dyrektorowi szkoły o serii kradzieży, by nie było zbyt dużego zamieszania, żeby nie wezwano policji i rodziców i nie odwołano dyskoteki szkolnej, która jest za kilka dni. Za to sami próbują rozwiązać problem.  

I dlatego dzieci sięgają po pana książki?

Trzeba dzieciaki zapytać, ale faktycznie, wszystkie moje serie książkowe i audiobooki są popularne wśród dzieciaków, zresztą wśród dorosłych też. W pierwszej mojej recenzji, którą otrzymałem kilkanaście lat temu, zostałem porównany do linii pisarskiej Nienackiego, Niziurskiego i Bahdaja, więc to był miód na serce. Staram się, by historie były na tyle interesujące i wciągające, by rozwiązywać zagadki z głównym bohaterem. Nie chciałem iść na łatwiznę, od początku miało się dziać. Tak, by chcieć przeczytać kolejny rozdział - lub go wysłuchać.

W pierwszej mojej recenzji, którą otrzymałem kilkanaście lat temu, zostałem porównany do linii pisarskiej Nienackiego, Niziurskiego i Bahdaja

A jako pisarz nie boi się pan tego, że młodzi ludzie przestaną czytać?

W Polsce ukazuje się codziennie sto nowych książek, każdy z nas ma swój gust, to on decyduje o tym, co się sprzedaje. Sprawdzają się romanse, tam są rzeczy powtarzalne, do których chcemy wracać, bo przypominają młodość, tęsknotę za niezależnością. Chętnie czytamy kryminały, bo lubimy rozwiązywać zagadki. Wśród tej literatury jest oczywiście dużo kiepskich rzeczy. Ale kiedyś mówili, że telewizja wyprze radio, dziś stacje radiowe przeżywają renesans, słuchane są też często w Internecie. Myślę, że podobnie będzie z książką, wersje elektroniczne prasy i literatury będą miały się bardzo dobrze, ale literatura na papierze będzie istniała długo, długo, długo. Na to liczę, mam kilka nowych rzeczy napisanych, które nie są jeszcze wydane, ale nie zdradzam jeszcze szczegółów.

Jak się czuje Dariusz Rekosz, kiedy wchodzi do biblioteki, a tam na półce Dariusz Rekosz?

Wydałem już 37 książek i ponad 20 audiobooków, więc dla mnie jest przyjemnością, kiedy moich książek czasem na półkach nie ma. Kiedy dopytuję bibliotekarzy: „Co się stało, nie macie? Może pomogę zdobyć?” to okazuje się, że są wypożyczone. Czasami są zapisy, zdarzyło się nawet kilka razy, że ktoś skradł te książki. Dla mnie to najlepsza reklama, że ktoś w ten sposób podchodzi do mojej twórczości.

Wstecz