Żeby szczerze porozmawiać z dzieckiem, trzeba stworzyć odpowiednią sytuację. Podstawą jest czas, ale to właśnie jest problem, bo my nie mamy czasu. Prof. Eugenia Rostańska w rozmowie o rozmowie.

Komunikacja to sztuka, ale mam wrażenie, że rozmowa z dzieckiem to już wyższa szkoła jazdy. Jak rozmawiać z dzieckiem, żeby słuchało?

Bywa, że to trudne, ale przecież konieczne. Przede wszystkim, trzeba stworzyć sytuację, w której dziecko będzie chciało z nami rozmawiać. Jeżeli dziecko podświadomie odbiera pośpiech i brak czasu, zniecierpliwienie lub rozkojarzenie, czy też inne podobne czynniki, które mu przeszkadzają w kontakcie, to nie będzie chciało z nami rozmawiać. Natomiast w momencie, kiedy tworzy się sytuacja, w której rozmowa jest podstawową czynnością i wszystko jej służy, to mamy szansę, że dziecko otworzy się i będzie chciało z nami rozmawiać. Ale nie od razu – to ważne zastrzeżenie – dlatego, że dzieci do końca nam nie wierzą i mają rację. Wiedzą, że ni stąd ni zowąd może się okazać, że mamy właściwie tylko pięć minut i że ta rozmowa to tylko pozór. Sami tego nauczyliśmy nasze dzieci. Wreszcie, pamiętajmy, że to nie może być sytuacja pod tytułem: „Teraz będziemy rozmawiać”. Chodzi o wykreowanie sytuacji, która wyniknie sama z siebie. Warto zacząć od: „Chodź, pospacerujemy, coś zobaczymy” i dopiero w takiej chwili możliwa jest szczera rozmowa z dzieckiem. Czyli trzeba je przekonać, że rzeczywiście chcemy rozmawiać, ale nie na zasadach autorytarnych, bo w tym momencie zamykają się usta.

Czyli przede wszystkim musimy mieć czas…

Podstawą jest czas, ale to właśnie jest problem, bo my nie mamy czasu. Choćby nie wiadomo, co byśmy mówili, ile to czasu rzekomo poświęcamy dzieciom, to my nie mamy czasu. Kiedy ogląda się rysunki dzieci przedszkolnych, których tematem jest sposób, w jaki spędzają czas w domu z rodzicami, to czasem atak śmiechu jest jedyną reakcją. Najczęściej zdarzają się sytuacje, w których narysowane dziecko jest malutkie, za to tuż obok dzieje się wiele ważnych, dużych rzeczy. Rysunki doskonale pokazują, co dzieje się w domu, pokazują sytuacje rodzinne i nie trzeba prowadzić żadnych dalszych wywiadów. Szybki przykład czyli jak spędzamy wakacje: jest ogródek, wielki dziadek w krótkich galotkach ze szczypcami do grilla w ręku i gdzieś tam dalej, w głębi, malutkie dzieci – obok, poza tym wszystkim, takie mało ważne.

Choćby nie wiadomo, co byśmy mówili, ile to czasu rzekomo poświęcamy dzieciom, to my nie mamy czasu.

Wróćmy do rozmowy, jak to zrobić, żeby porozmawiać? Jakich słów czy zwrotów nie wolno używać?

Rodzice są bez wątpienia naturalnym autorytetem w zakresie języka i tworzą pewien standard. Jeżeli chcemy, żeby dziecko mówiło prawdę – musi słyszeć prawdę. Musi słyszeć dobry ton, by mówić dobrym tonem, musi słyszeć życzliwość, żeby być życzliwym, musi słyszeć zaufanie i miłość, żeby to nam rzeczywiście oddawać. Bo jeżeli będziemy łobuzami, to wychowamy łobuzów, jeżeli będziemy nieuprzejmi, to wychowamy nieuprzejme dziecko, jeżeli będziemy bili, to nas też uderzą. Są słowa, których w żadnym wypadku nie powinno się używać czyli wulgaryzmy – to oczywiste. Ale nie wolno też używać słów i zwrotów, które dziecko odbiera jako swoją ocenę, mimo że według nas to nie jest ocena. „Ty zawsze…”, „No, mogłam się tego spodziewać”, „Dziwię ci się, że tak to zrobiłeś” są oceną dziecka. Dla nas to rzecz zwykła, możemy na to nie zwracać uwagi, ale dziecko odbiera takie wyrażenia jako ocenę.

A tradycyjne „Jak było w szkole”?

To zły początek rozmowy, bo jest tendencyjny. Rodzice zadając takie pytanie, mają swoje oczekiwania, chcą usłyszeć, że było rewelacyjnie. Pytamy o przebieg zajęć tylko pozornie, a tak naprawdę to jest „co u ciebie”. Natomiast dziecko odbiera to inaczej i niekoniecznie chce lub umie się tłumaczyć, może miało jakieś złe doświadczenia tego dnia? Takie pytanie dystansuje dziecko. Wracamy więc do tego, że trzeba stworzyć klimat do rozmowy z dzieckiem.

Wiele osób uważa, że gdy powie coś dziecku głośno, bardzo głośno lub krzyknie, to dopiero wtedy dziecko usłyszy i zrobi, to czego rodzic oczekuje…

Nie, nie, nie! To jest potężna pomyłka.

A jednak to skuteczne, ryknąłem i zrobiło, czego oczekiwałem…

To jest strach. Proszę pamiętać, że my mamy władzę nad dzieckiem jako dorośli – mamy władzę fizyczną i formalną. Jesteśmy silniejsi, wyżsi, mocniejsi. Mamy też pieniądze, decydujemy o tym, co i kiedy dziecko ma robić. Tymczasem ono ma dla nas tylko jedną rzecz – miłość. Jesteśmy jego jedynym punktem oparcia w całej rzeczywistości, więc dziecko będzie starało się nie zrobić nam przykrości. Ale kiedy zaczynamy krzyczeć, to wie, że coś nam sprawiło przykrość i dlatego wykonuje polecenie. Czasem chce uniknąć dalszego wrzasku, czasem widzi, jak bardzo się denerwujemy, boi się też dalszych konsekwencji. Taka reakcja. Czasami rodzicom się wydaje, że jak użyją takiego podniesionego głosu, konkretnego, surowego akcentu to osiągną efekt. Ale to nieprawda, każdy odbiera to inaczej. Takie właśnie podniesienie głosu, specyficzne akcentowanie może dziecku pokazać, że jesteśmy nerwowi i dlatego krzyczymy. I wykona polecenie z tych samych powodów, czyli głównie ze strachu.

Jeżeli będziemy łobuzami, to wychowamy łobuzów, jeżeli będziemy nieuprzejmi, to wychowamy nieuprzejme dziecko, jeżeli będziemy bili, to nas też uderzą.

Czym może się skończyć brak prawdziwej rozmowy z dzieckiem?

To proste – dziecko będzie rozmawiać z kimś innym, bo każdy przecież potrzebuje rozmowy. Pytanie tylko, z kim będzie rozmawiać, kto będzie miał wpływ na nasze dziecko? Najczęściej to rówieśnicy, ale może być też zupełnie przypadkowa osoba. I już zawsze dziecko będzie traktować rodzica jak osobę, z którą po prostu się nie rozmawia – nawet kiedy dorośnie, a my będziemy starzy. Wtedy sytuacja się odwróci, będziemy chcieli z nim rozmawiać, ale nasze dziecko nie będzie chciało rozmawiać z nami.

Wstecz