Rozwód dzieli małżonków, ale nie może podzielić dziecka. Rozmowa z Ryszardem Chłopkiem, psychoterapeutą.

Rozmawiałem kiedyś z psychoterapeutą, który powiedział, że przyjacielski rozwód to układ rodziców dla dobra dziecka. A dziecko w wieku 25 lat i tak trafi do niego na kozetkę…

Myślę, że rozwód jest zawsze wstrząsem. Rozchodzą się ludzie, którzy kiedyś zakochali się w sobie, zdecydowali się na wspólne życie i wspólne prowadzenie różnych ważnych spraw: gospodarstwa domowego, budżetu, opiekowania i wychowywania dzieci. Taki rozłam nie może obejść się bez bólu i bez nienawiści. Kiedy pojawia się decyzja o rozwodzie, kiedy toczy się sprawa sądowa, wtedy dzieje się dużo złych rzeczy i dużo głupich rzeczy jest też wypowiadanych, bardzo często w obecności dziecka. Myślę też, że niemożliwy jest „bezkrwawy” rozwód. Ludzie często idealizują małżeństwo sądząc, że po ślubie będzie lepiej i szczęśliwiej, ale tak samo idealizują rozwody. Uważają, że po rozwodzie całe zło zostawią partnerowi, że oddzielą się od czegoś, co ich unieszczęśliwia. Tak nigdy się nie dzieje, a sam rozwód na jakimś etapie musi być szarpaniną. Natomiast, czy dziecko będzie potrzebowało koniecznie pomocy psychoterapeuty, czy też nie, to zależy od wielu rzeczy. Zależy choćby od tego, na ile rodzice z tej nienawiści i walki się otrząsną. Są ludzie, którzy walczą ze sobą pół roku, ale potem już współpracują, bo złe emocje się wylały i choć nie lubią się za bardzo, to ze sobą nie wojują i potrafią współpracować w sprawach rodzicielskich. Ale są też ludzie – i znam takie związki – które walczą ze sobą zaciekle, choć są już 20 lat po rozwodzie. Ich dzieci założyły swoje rodziny, już tym konfliktem nie żyją, a oni, ile razy o sobie usłyszą, to przeżywają bardzo intensywne emocje. Druga sprawa to sposób, w jaki samo dziecko sobie z tą sytuacją poradzi, bo przecież też ma swoje zdolności adaptacyjne. Wydarzenie nie określa tego, że ktoś bezwzględnie musi trafić na kozetkę, są ludzie po traumach, którzy leczą się całe życie, ale są też tacy, którzy takiej pomocy nie potrzebują.

Kiedy dziecko usłyszy zdanie: „Będziesz miał nową mamusię, nowego tatusia” to chyba jest szokiem?

Oczywiście, że to szok i nie jest możliwe, żeby dziecko tego rodzaju szoków poznawczych i emocjonalnych w czasie rozwodu nie doświadczyło. Pytanie, co z tymi wszystkimi tekstami się podzieje, kiedy ciężkie i trudne emocje już wybrzmią i uspokoją się. Czy np. ktoś będzie utrzymywał, że ten nowy pan to tata, a o tamtym tacie masz zapomnieć? Czy to jest nowa mama, masz mówić do niej „mamo”, a tamtą w ogóle się nie zajmuj? W takich sytuacjach dziecko jest nakłaniane, żeby zakłamywać rzeczywistość. Co innego, kiedy dziecko słyszy: „Mówiliśmy różne głupie rzeczy, bo byliśmy w trudnych emocjach, ale prawda jest taka, że to jest twój tata, a ja jestem twoją mamą. Rozeszliśmy się, masz ojczyma, macochę, ale teraz spróbujmy z tym jakoś żyć”.

Jakie grzechy dorośli popełniają wobec dziecka w sytuacji rozstania?

Podstawowym jest grzech egocentryzmu, czyli niewidzenia dziecka. Kiedy dochodzi do rozwodu, czujemy się bardzo zranieni. Mamy skłonność do tego, żeby widzieć głównie nasz ból, a właściwie tylko i wyłącznie nasz ból. Uczucia i ból dziecka wielu rodzicom znikają z oczu, a to często skutkuje oczekiwaniem wobec dziecka: „Jeśli mnie kochasz, to masz być po mojej stronie”. Ale dziecko jest w zupełnie innej perspektywie, z nikim się nie rozwodzi i może czuć, że miłość do drugiego rodzica jest jakąś formą przestępstwa, wzbudza poczucie winy. Często taki komunikat wysyłają oboje rodzice i dziecko w relacji z żadnym z nich nie może czuć się bezpiecznie. Najtrudniejsze wtedy jest chyba to, że dziecko musi ukrywać swoje dobre uczucia, czyli zdolność do kochania mamy i taty, bo podczas rozwodu mogą być postrzegane jako rodzaj zdrady.

Uczucia i ból dziecka wielu rodzicom znikają z oczu.

Co wtedy dzieje się z dzieckiem?

Dziecko bardziej dojrzałe albo ze wsparciem babci czy dziadka może sobie wypracować taką postawę: „Oni zwariowali, ale ja będę z tym jakoś żył”. Tyle, że są to sytuacje stosunkowo rzadkie, albo ja się z nimi nie spotykam, bo tacy ludzie do psychoterapeuty nie trafiają. W skrajnych przypadkach, człowiek tak ułoży się w dorosłym życiu, że nie będzie pokazywać innym swoich dobrych rzeczy, a jedynie złość, agresję, niezadowolenie. To też jest skrajna sytuacja, a pomiędzy nimi cała paleta rozwiązań, bo umysł człowieka jest bardzo twórczy i plastyczny.

Przejdźmy zatem do grzechu numer dwa.

To jest niedawanie dziecku bezpiecznej przestrzeni, w której może przeżywać swoje uczucia i mówić o nich. Wydaje mi się w dodatku, że to grzech, którego nie da się nie popełnić. Rodzice rozwodzą się i nienawidzą w tym czasie, a dziecko chce powiedzieć: „Wiesz tato, wczoraj jak się kłóciliście, to chciałem przyjść i powiedzieć, że mama jest fajna”. Tymczasem nie są to uczucia, które dziecko może dać, a rodzic przyjąć. Na jakiś czas dzieci zostają samotne. To życiowy dramat, bo okręt tonie, a dziecko wiele przeżywa, ale nie ma do kogo iść z tymi przeżyciami. Jeśli to trwa tylko kilka miesięcy, to jest nieźle; gorzej jeśli taka sytuacja przeciąga się na lata. Wydaje mi się, że gdyby rodzice nie popełniali tych dwóch grzechów, to byłoby wszystkim znacznie łatwiej. Ale to grzech numer trzy jest jednak najcięższy, czyli otwarte wciąganie dziecka w konflikt.

Czyli sięganie po zarzuty pedofilskie?

To niezwykle agresywne zachowanie, o ile oczywiście nie jest spowodowane rzeczywistym perwersyjnym zachowaniem ojca. Tak skrajnie agresywne zachowanie matek wydaje mi się rzadkością, albo po prostu nie spotykam się z takimi sytuacjami w swojej pracy.  Dużo częstsze jest oczekiwanie, że dziecko złoży jakieś zeznania obciążające drugiego rodzina lub „odpowiednio” wypadnie podczas badań psychologicznych. Pewnie najczęstsze jest proste, codzienne: „Idź, powiedz ojcu, że ma przyjeżdżać po ciebie punktualnie”. Oczekiwanie, że ojciec ma przyjeżdżać punktualnie jest oczywiste, ale dlaczego to właśnie dziecko ma przekazywać taką informację?

Na jakiś czas dzieci zostają samotne. To życiowy dramat, bo okręt tonie, a dziecko wiele przeżywa, ale nie ma do kogo iść z tymi przeżyciami.

Dodajmy do tego nowego partnera, partnerkę. Jak trudne jest dla dziecka ułożenie sobie relacji z taką osobą?

Inaczej jest z półrocznym niemowlęciem, inaczej z nastolatkiem. Najtrudniejszy jest chyba okres dorastania, m.in. dlatego, że dziecko wtedy samo z siebie neguje autorytety, a tu nagle ma przyjąć jakiś nowy. Z tej perspektywy to szaleństwo i wiadomo, że ten ktoś od razu dostanie po głowie, choćby był ze złota. Bardziej myślę o tym, jakie podejście może pomagać. Najbardziej bezpieczną postawą macochy lub ojczyma może być przyjęcie pozycji kogoś, kto nie zastępuje ojca czy matki, ale ma być raczej kimś w rodzaju cioci czy wujka: „Pod nieobecność matki, czy ojca słuchasz mnie, ale generalnie ja im towarzyszę, a to wy macie swoją relację i swoje sprawy”. Wydaje mi się, że to najmniej kolizyjny pomysł. Co trzecie małżeństwo w Polsce kończy się rozwodem, w krajach zachodnich te statystyki są wyższe, ale takie rzeczy dzieją się od niedawna, bo np. we Włoszech do lat 70. rozwód nie był dozwolony prawnie. U nas był dozwolony, ale był zjawiskiem o wiele rzadszym niż obecnie. Wzrasta więc odsetek rozwodów, ale też łatwość, z jaką część ludzi decyduje się na rozstanie. To jest więc rzeczywistość, której dopiero się uczymy, eksperymentujemy na sobie i na własnych dzieciach. Zauważyłem, że ludzie szukają różnych rozwiązań. Zdarzało mi się obserwować rodzinę, gdzie ojczym wchodził w rolę ojca, gdy ojciec był bardzo odległy, albo gdzie macocha wchodziła w rolę matki, bo matka była zbyt odległa. I to się sprawdzało, choć z turbulencjami.

Czy faktycznie faceci porzucają swoje dzieci, gdy mają nowe dzieci z nową partnerką?

Mamy różne obrazy – mężczyzn, którzy faktycznie porzucają swoje dzieci, ale też kobiet, choć w ich przypadku dużo rzadziej. Ale są mężczyźni, którzy po rozwodzie są bardzo zaangażowanym ojcami, zwłaszcza, jeśli z byłą żoną jakoś im się współpraca ułoży. Czasem mam wręcz wrażenie, że rozwód stymuluje zaangażowanie części mężczyzn w ojcostwo. Są też jednak bardzo trudne sytuacje pośrednie, gdzie ciężko określić, na ile mężczyzna sabotuje swoje bycie ojcem, a na ile jest sabotowany. Bo jeżeli przy każdym przekazywaniu dziecka jest awantura, to niejeden może mieć taką myśl, czy to na pewno będzie dobry pomysł, że będę widział się z dzieckiem. Jeżeli odpuszczę, to może będzie lepiej dla wszystkich?

A w dodatku nowa partnerka mówi: „Tu jest małe dziecko, tamto już duże, poradzi sobie”.

I tak bywa. No, ale takie słowa nie zwalniają dorosłego mężczyzny i do tego ojca od samodzielnego myślenia, podejmowania decyzji i mierzenia się z odpowiedzialnością...

Skoro rozwód znacząco wpływa na dziecko, to może lepiej nie rozwodzić się wcale? Lepiej się dogadać, nawet za wszelką cenę?

Z tym „za wszelką cenę” byłbym ostrożny. Myślę, że są sytuacje, w których rozmontowanie małżeństwa to mniejsze zło. Chociażby w sytuacji przemocy czy nieleczonego uzależnienia. Po co narażać siebie i dzieci? W większości sytuacji lepszym pomysłem niż rozmontowanie związku jest wykorzystanie dostępnych sposobów, by sprawdzić, czy czegoś dobrego nie da się jeszcze zrobić. Małżeństwo to nie bajka, toczy się od kryzysu do kryzysu. Ale rozwód to też nie jest bajka i wcale nie jest mniej bolesnym rozwiązaniem. Ludzie mają nadzieję na spokój, ale czasem okazuje się że ten spokój wcale nie następuje. Warto mieć rozwagę i zabierając się do rozwodu, warto sprawdzić, jakie są jego rzeczywiste, a jakie emocjonalne powody. I tu wracamy do pierwszego pytania – znam wielu pacjentów, których rodzice nigdy formalnie się nie rozstali, ale choć małżeństwo formalnie pozostaje razem, wcale nie znaczy, że życie razem układa się dobrze lub choćby znośnie. Czasem lepiej, jeśli rodzice się rozwiodą i ułożą życie, a dziecko nie ma na sobie tego ciężaru, nieustannych turbulencji i kłótni. I poczucia winy, że oni tak się męczą ze sobą przeze mnie, bo gdyby mnie nie było, to byliby wolni.

 

Wstecz